.

.

niedziela, 7 maja 2017

Chapter 20: Where Did You Sleep Last Night

Pierwsza część rozdziału pisana przez Wilczego. :) Nijak nie szło tego podzielić, więc jest rozdział długi, bo też nie wiadomo, kiedy następny. 


Ivrel wcale nie czuła się podle zostawiając siostrę samą w domu. Jeszcze całkowicie nie przeszła jej złość za wypad do Eichen, a młoda znowu sobie nagrabiła. To, że układ taneczny cheerleaderek miał w sobie elementy striptizu, to można było przeżyć, w końcu pomponiary świecą gołymi dupskami non stop, a uczynienie tego bardziej efektownym nie miało najmniejszego znaczenia. Fakt, iż Ril włamała się do szatni i bez pozwolenia zabrała koszulki drużynowe, na to też Ivrel mogła przymknąć oko. Jednak, odpalenie rac w tak niebezpieczny sposób, było grubą przesadą. Już trzymanie jednej syczącej flary było dla Iv zagrożeniem zdrowia i życia, a Rila wymachiwała dwoma jak gdyby nigdy nic i to jeszcze tak blisko osób trzecich. Ivrel dobrze pamiętała, jak skończyła się ostatnia przygoda młodej z racami i to jeszcze bardziej potęgowało jej wściekłość. Niczego się Ril nie nauczyła i za swoją lekkomyślność musiała ponieść karę. Choćby miała się popłakać ze strachu, tej nocy Iv zostawiła ją samą w domu, choć nie tak do końca bez opieki. Jak tylko się wprowadziły, zamontowano im system antywłamaniowy, a Rilnen wiedziała najlepiej, jak obronić mieszkanie i samą siebie przed supernaturalnymi stworzeniami. Po za tym, Iv liczyła, że wróci do domu przed północą, bo randka z panterołakiem nie mogła nie zakończyć się katastrofą.
How can I decide what’s right?
– Cuchnie tutaj łowcami. – Zmarszczyła nos, wchodząc do przestronnego gabinetu na ostatnim piętrze biurowca, sprzed którego jakiś czas temu gwizdnęła Hale’owskiego chevroleta. – Chyba z nimi nie trzymasz?
– Pojebało cię?
– Bo natychmiast stąd spadam.
– Właź, nie marrrudź.
Wysoki, niebieskowłosy mężczyzna, ubrany w czarne dżinsy i białą, rozpiętą o guzik za dużo koszulę z nonszalancko wywiniętymi mankietami, popchnął lekko czarnowłosą kobietę, która stała w progu jego biura. To nie spowodowało, że przestała się wahać, ale straciła równowagę i chcąc nie chcąc, musiała zrobić krok w przód. Kiedy już znalazła się w środku, usłyszała trzask szybko zamykanych za sobą drzwi.
– Co ty kombinujesz, Grrrimjow…
Zmrużyła oczy, odwracając się do niego.
– Nie wypuszczę cię, dopóki nie przystaniesz na moją propozycję. – Szeroki, niebezpieczny uśmiech i szczęk przekręcanego w zamku klucza uzupełniły jego odpowiedź.
– Jeśli myślisz, że dam się zastraszyć… – zaczęła Iv, ale jej wzrok, błądzący po pomieszczeniu, by zapoznać się z nowym otoczeniem, zatrzymał się na ceglastej plamie zdobiącej rant białego, włochatego dywanu i częściowo wsiąkniętej w dębowe panele. Do tego dostrzegła drobne bryzgi podobnego koloru substancji na ścianie i wilczyca nie musiała forsować swojego nosa, żeby wiedzieć, że przelewano tu krew.
Panterołak zauważył, czemu się przygląda i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– A to są właśnie twoi łowcy, którymi ci tu śmierdzi – wyjaśnił, podchodząc i kładąc rękę na jej ramieniu. – Tylko w taki sposób się z nimi zadaję. A teraz doceń, że nie próbowałem sprzedać ci kitu typu „rozlał mi się tu sok z buraków” i usiądź wreszcie, do ciężkiej cholery…
When you’re clouding up my mind
Poczuła ciężar jego dłoni i nogi się pod nią ugięły. Wylądowała na miękkim pufie, który Grimmjow następnie podsunął wraz z nią pod niewysoki, masywny stolik z mahoniu. Kiedy się do niej nachylał, poczuła duszny, cedrowy zapach i na moment przestała oddychać. Zdawało jej się, że z gardła mężczyzny dochodzi nieustanny, niski pomruk. Wciąż się nie cofał, chociaż kolana Ivrel już dotykały krawędzi stolika. Pomruk narastał, ziemista, korzenna woń nasilała się, jakby ktoś wypryskiwał w powietrze wonne olejki, a on wciąż stał nachylony, a kiedy lekko odwracał głowę, czubek jego nosa musnął szyję Ivrel, budząc ciarki na jej skórze.
– Co robisz? – wydyszała, przerażona swoim ściśniętym głosem i tym, że jedyny sposób w jaki zareagowała na rosnące poczucie zagrożenie, to wyciągnięcie pazurów, które ośmieliła się wbić wyłącznie w pufa.
– Zastanawiam się, czy masz ochotę się czegoś napić.
– Zastanawiaj się na dystans. 
Pokonała wreszcie rozrastające się w niej uczucie gorąca  i wyszarpnęła szpony. Wraz z nimi w powietrze wzbił się puch z siedziska, ale zanim zdążyła zamachać krogulcami mężczyźnie przed twarzą, on już się wyprostował.
– Może być whisky? – Sprężystym krokiem ruszył do barku.
Zanim odpowiedziała, na stole wylądowały dwie ciężkie szklanice, wypełnione w połowie lodem, a Grimmjow już przechylał butelkę Jacka Daniela, uzupełniając ich zawartość. Jedną ze szklanek podsunął do niej, drugą złapał w łapę i zasiadł z wciąż pewnym siebie uśmiechem na pufie tuż obok.
– No to chlup, w ten głupi dziób. – Stuknął swoją szklanką o jej i uniósł naczynie do ust, ale zamiast pociągnąć łyka, grzecznie czekał, aż ona też uniesie swoją whisky, wymuszając pośpiech świdrującym, kobaltowym spojrzeniem.
– Upić też się nie dam – zaznaczyła Iv, zanim się napiła. – Nie wiem, jak wy, kocury, ale my bardzo szybko metabolizujemy alkohol.
Po paru łykach jednak ze zdziwieniem musiała stwierdzić, że zaczyna jej szumieć w głowie. Brakowało jej tego uczucia. Tęskniła za tym. Za tym stanem, w którym mogła całkowicie się rozluźnić, schować pazury i mieć na wszystko słodko wyjebane.
– Tak właściwie… To o czym ty ze mną chciałeś pogadać, co?
– Ja? Przecież to ty do mnie przyszłaś.
Nie zauważyła, kiedy niebieskowłosy znów przysunął się bliżej.
– Ja przyszłam? Hm. – Zastanawiała się, obracając w palcach szklankę. – A, no przyszłam, – zgodziła się w końcu, – bo od tej śmiesznej halloweenowej imprezy pieprzysz coś o umówieniu się, a ja takich natrętów sprzątam w sześć sekund… Po za tym, prawie zaciągnąłeś mnie tu, do tej swojej kancelarii, pieprząc trzy po trzy o jakiejś ofercie nie do odrzucenia…
Grimmjow westchnął i przewrócił oczami.
– Po pierwsze, ja nie prowadzę żadnej jebanej kancelarii, tylko przychodzące niebotyczne dochody przedsiębiorrr…
– Do rzeczy. – Ivrel z hukiem odstawiła niemal puste naczynie. – Jeśli chodzi o to samo, co ostatnio, już ci dałam kosza, nie pamiętasz? I nie zmieniłam zdania, chociaż zapewniałeś mnie, że to zrobię.
Mężczyzna warknął ostrzegawczo.
– Wszystko w swoim czasie, skarrrbie, ale jak jeszcze raz mi przerwiesz, to będę mieć głęboko w dupie ile szans u ciebie stracę, gdy piznę cię w ten wredny, wyszczekany pyszczek…
Jaegerjaquez szarpnął mankietami, podwijając rękawy jeszcze wyżej, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie niezdrowego pożądania. Iv tylko uniosła brwi, sama się sobie dziwiąc, że po takich słowach jeszcze nie wczepiła się pazurami w klatę tego sukinsyna. Tymczasem w jej oczach nie pojawiła się nawet jedna czerwona iskra. Po prostu jej się nie chciało. Świat tak przyjemnie wirował, otulał ją coraz szczelniejszy szal ogłuszenia. I było jej z tym dobrze. Fajnie było móc nie wkurzać się na podobnego typu pyskówki. Nie tylko ona spostrzegła nienaturalność w swoim zachowaniu. Niebieskowłosy zmarszczył brwi i znów uśmiechnął się paskudnie, kładąc rękę na kolanie wilczycy, jakby testując jej wytrzymałość.
– Dopij drinka, złotko, a ja ci opowiem o tej propozycji. – Podniósł szklankę do jej ust, ale ona  skrzywiła się, odwracając głowę. – Pij, nie wkurrrwiaj mnie. – Wcisnął ze złością whisky w jej ręce. – I słuchaj, wilczyco, jesteś tu jeszcze ? – Pstryknął palcami przed nosem Ivrel, bo ta na moment zamknęła oczy i choć szybko je otworzyła, czuła, że jej powieki robią się coraz cięższe. – Przed świętami mamy tu małą firmową imprezę. Odstawisz się i przyjdziesz na nią, jako moja osoba towarzysząca. Muszę przedstawić cię kilku osobom… I zapewnić ich, że dobrze mi z tobą idzie.
– Yhym. – Iv nie stawiała oporów. Zamieszała resztą whisky i wlała sobie trunek prosto do gardła, po czym skrzywiła się i wzdrygnęła. – Właści… Właściwiwie… Co to było? – Czknęła, a szklanka wyleciała jej z dłoni. – Bo ba mie nieso zawiao…
– Trochę bimbru pędzonego na halucynogennej odmianie tojadu. Ma działanie zbliżone do silnie oprocentowanego alkoholu. – Panterołak wzruszył ramionami. – Ja przypadkiem wziąłem wcześniej odtrutkę, ale mam nadzieję, że tobie smakowało?
– Skuwy…
– Szszszsz. – Grimmjow położył jej palec na usta. – Nie chcesz tego dokończyć, bo ja naprawdę nie chcę obić ci tej ładnej buźki…
Ivrel zerwała się na nogi i mimo tego, że od razu się zachwiała, zamachnęła się na mężczyznę. Zamiast odnieść zamierzony skutek, zaczęła się przewracać i wystarczyło, że panterołak wstał, żeby wpadła w jego chciwe ramiona.
– Widzę, że przechodzimy do przyjemniejszej części tego spotkania – mruknął, a jego kobaltowe oczy rozgorzały. – Tylko, żeby potem nie było, że zrobiłem coś na siłę. Sama się na mnie rzuciłaś. – Wyszczerzył rząd coraz ostrzejszych kłów. – Mam to na taśmie.
Nor could I ever own what’s mine
Podniósł ją jedną ręką, chwytając Ivrel pod pośladkami i przeniósł przez pokój, rzucając na kremową, zamszową kanapę.
– Będziesz grzeczna i błyśniesz dla mnie swoimi czerwonymi ślepiami? – zapytał, przysiadając blisko niej i łapiąc ją za twarz. – No? Nie każ mi prosić… – Wbił paznokcie w jej skórę. Przez otumanienia zaczęło się wreszcie coś przebijać do świadomości Ivrel. Ból. Tym większy, im dłuższe rosły pazury Grimmjowa. Syknęła, a jej tęczówki powoli zmieniały kolor. Grimmjow się śmiał, ktoś pukał do drzwi. Coraz nachalniej.
– NIE TERAZ! – ryknął panterołak. Nie chowając pazurów rozdarł nimi bluzkę Ivrel. – Jestem kurewsko zajęty!
Wgryzł się w jej obojczyk, pieszczotliwie, ale natręt za drzwiami się nie poddawał. Walenie do drzwi stawało się coraz donioślejsze, w całym gabinecie rozchodził się niemiły, nerwowy pogłos, chociaż Grimmjow bardzo starał się go ignorować, spiesznie rozpinając pasek w spodniach. Zanim jednak zdążył się położyć na wilczycy, stukanie na moment ucichło, a po chwili w powietrzu tańczyła już chmara drzazg, wznosząca się z wyłamanych silnym kopniakiem drzwi.
– Pukałem – rzucił na swoje usprawiedliwienie Hale, pozbywając się za pomocą traperów ostatnich drewnianych pozostałości drzwi, wciąż trzymających się futryny. – Ale nikt nie otwierał.
– Może dlatego, żebyś nie wchodził! – zawarczał niebieskowłosy, złażąc niechętnie z kanapy i rzucając na podłogę pas, którego zdążył się pozbyć.
– Przyniosłem ratę. – Derek wszedł wreszcie do gabinetu i podszedł do Jaegerjaqueza, machając mu kopertą przed nosem. – Chciałem się upewnić, że ją otrzymasz.
Grimmjow wyrwał dyndającą przed nim kopertę i zgniótł ją w garści.
– Coś jeszcze? Jak nie, to wypierdalaj.
Hale uśmiechnął się kpiąco, wkładając ręce do skórzanej kurtki i zerknął na kanapę.
– Ty dostałeś swoją należność, ja teraz wezmę swoją. – Zrobił krok w stronę półprzytomnej Iv, ale drogę zagrodziła mu upazurzona łapa panterołaka.
– Powiedziałem: wypierdalaj.
– Powiedziałem, że nie zostawię na twoją pastwę tej wilczycy, dopóki będzie mi winna hajs za skasowanie mojego wozu.
– Tylko o to chodzi? – Jaegerjaquez wykrzywił się w szyderczo. – To weź to z powrotem i wypad. – Wyrzucił przed siebie dłoń z pogniecioną kopertą, opierając ją na kurtce Dereka, ale on tylko szerzej się uśmiechnął, nawet nie kłopocząc się żeby wyciągnąć z powrotem ręce. Grimmjow zmrużył oczy. – Wyczułeś jej zapach. – Zrozumiał. – Wiedziałeś, że tu jest, a drzwi były zamknięte. – Drwiący uśmiech dosięgnął jego kobaltowych oczu. – Wystraszyłeś się, Hale? Myślałeś, że cię wyprzedzę? Że będę pierwszy? – Zaśmiał się zjadliwie. – A mówili, że szajba na władzę już ci przeszła.
When you’re always taking sides
– Co? – Wilkołak zmarszczył brwi, upodabniając się do swojego rozmówcy.
– Co, „co”? Nie udawaj, że też tego od niej nie chcesz.
– Czego?
– Kurwa mać! Ty jesteś taki tępy naprawdę, czy mnie nabierasz!?! – wrzasnął Grimmjow, opluwając kurtkę Hale’a. – Pierdolonych czerwonych oczu! Tytułu jebanego alfy! Gonisz za tym, jak każdy z nas!
– Błagam, tylko nas do siebie nie porównuj – prychnął Derek, zakładając ręce na ramiona i próbując poniewczasie zacząć kamuflować, że nie wie, o czym plecie panterołak.
– Przestań się oszukiwać. Zdobywamy czego chcemy na swoje sposoby, ale oboje chcemy tego samego. Ja czy ty… Możesz sobie być zasranie szlachetny, ale nie ma między nami specjalnej różnicy.
– Ja nie muszę brać kobiet przemocą. – Kły wilkołaka błysnęły w uśmiechu. – Same mi włażą do łóżka.
– A może to ty włazisz do łóżka im. – Grimmjow nie dał się sprowokować. – Dlatego nigdy nie byłeś dobrym alfą. I nie będziesz. Nie wiesz nic na temat dominowania w stadzie.
– Według ciebie odurzyć kogoś i zgwałcić, to sposób na wykazanie się realną przewagą? Serio? Tylko na tyle cię stać?
– A ty jesteś aż tak krótkowzroczny? To może wsadź jej łapę w majtki i sam sprawdź, czy jej się nie podobało. Takim jak ona trzeba przypominać, gdzie ich miejsce, one to lubią, chcą, żeby pokazać im, że w sforze rządzi samiec, a nie…
To Hale był tym, któremu pierwszemu puściły nerwy. Jego pięść rozbiła się o szczękę Jaegerjaqueza, posyłając go w powietrze. Upadł na plecy i przefroterował swój własny parkiet grzbietem, aż wylądował pod biurkiem.
– Pierdolenie – rzucił pod nosem Hale. Zebrał protestującą słabo wilczycę z kanapy i zaniósł do połączonej z gabinetem łazienki, gdzie wrzucił ją pod prysznic, odkręcając kurek z zimną wodą. Nie dane było mu zbyt długo słuchać jej pisków, bo rozjuszony Grimmjow wpadł zaraz za nim i wyciągnął go z łazienki, sprzedając mu w podzięce cios „z byka”. Następnie obaj panowie zaczęli się mniej więcej tłuc, porykując na siebie i okładając się dostępnymi pod łapami przedmiotami typu biurowego. Przestali dopiero, kiedy ich własny harmider zagłuszył trzask drzwi z łazienki, które zostały otworzone z takim impetem, że na stałe pozostawiły na ścianie swój kształt. Spojrzeli na opierającą się rękami o obie framugi Ivrel w potarganej, mokrej bluzce, ociekającą wodą, która kapała z jej długich, ciemnych włosów na kafelki, tworząc kałużę u jej przemoczonych najek. Warczała coraz głośniej, mierząc raz jednego, raz drugiego z nich morderczym, szkarłatnym spojrzeniem. Jej wargi dygotały ze zdenerwowania. Jej oddech przyspieszał. Serce łomotało tak głośno, że obaj mężczyźni przestali słyszeć cokolwiek poza jego nierównym rytmem. Dłonie zjeżdżały wzdłuż futryn, zostawiając na nich głębokie wyżłobienia. Nawet nie starała się opanować. Żadna kotwica nie miała szans w starciu z nadciągającą furią.
But you won't take away my pride
– Was dwóch w jednym pomieszczeniu – powiedziała cichym, pozornie opanowanym głosem, niskim, nabrzmiałym od warkotu. – Dziwkarz i degenerat. Naprawdę nie wiem, którego z was w tej chwili bardziej nienawidzę.
Wkrótce potem cały budynek zmuszony został do ewakuacji, kiedy zaczęły biegać po nim dwa wilki i jedna pantera, próbując nawzajem się pozagryzać.







Pierwsze promienie słońca wpadły do pokoju Stilesa, a gruba księga upadła z trzaskiem na podłogę. Rilnen obudziła się, gwałtownie zrywając z łóżka. Przez moment nie wiedziała, który jest rok, ale widok Stilinskiego, śpiącego bardzo twardo na fotelu uświadomił ją, gdzie naprawdę się znajdowała. Przejechała dłonią po twarzy, próbując opanować narastające przerażenie.
How did we get here?
– Kurwa! – krzyknęła, spoglądając na zegarek. – Wstawaj, Stilinski! – Szturchnęła chłopaka w ramię i zaczęła szukać swojej torby.
– Cosięstałoktoumarł? – wymamrotał Stiles mrugając szybko.
– Nikt nie umarł, kretynie, jesteśmy spóźnieni i pewnie zginę, Ivrel mnie zabije, jak się dowie… – szybkim ruchem związała rozczochrane włosy na czubku głowy. – Dlaczego mnie nie obudziłeś, jak padłam? Nie miałam zamiaru zostać na noc, Jezu, Ivrella się wścieknie, na bank…
– Hej, hej, spokojnie – Stiles złapał dziewczynę za ramiona i spojrzał jej prosto w oczy. – Nie pozwolę, by ci spadł choćby włos z głowy.
– Ciebie zabije pierwszego!
– Zostawiła cię samą w domu, podczas gdy poluje na ciebie ten psychopata. Tu byłaś bezpieczna.
Rilnen westchnęła, ale musiała przyznać chłopakowi rację. Miała tylko nadzieję, że jej siostra zaspokoiła swoje rządze poprzedniej nocy i nie będzie chciała rozerwać komuś gardła. Być może to, gdzie Ril spędziła noc nigdy nie wyjdzie na jaw, bo tak naprawdę blondynka nie miała pojęcia, czy Ivrel sama wróciła na noc do domu. Gdyby tak było, już dawno wydzwaniałaby do młodej, albo zjawiłaby się na progu domu Stilinskich, śledząc zapach.
Ale telefon Rilnen milczał cały czas. Ona sama bała się zadzwonić do siostry, więc postanowiła, że porozmawia z nią na spokojnie w szkole, gdzie Ivrel nie będzie ją mogła zabić. Chyba.
Do klasy literatury dotarli na minutę przed dzwonkiem. Nie cieszyli się jednak zbyt długo, bo zamarli na progu widząc uśmiechniętą wilczycę, siedzącą na biurku.
When I used to know you so well
– No, zapraszam do środka. – Ton głosu Iv był niesamowicie miły, ale błysk czerwonych oczu uświadomił ich, że mają przerąbane. Przemknęli do swoich ławek, choć Rilnen nie mogła się powstrzymać, by siedzieć cicho.
– On tylko podwiózł mnie… do szkoły…
– Z domu?
– No, oczywiście…
– Chyba nie z naszego, bo cię tam nie było.
Blondynka przełknęła ślinę i spuściła głowę w akcie rezygnacji.
– Za twoje dwudzieste spóźnienie, masz szlaban, przez następne dwa tygodnie, koza, godzina piętnasta.
– A co z moją pracą?
– Pracą? Młoda, ty odrabiasz godziny kuratorskie… – Ivrel podrapała się po czole, w pełni zażenowana. – Po prostu usiądź i nie podnoś mi więcej ciśnienia… – chciała jeszcze rzucić jakąś kąśliwą uwagą w stronę Stilinskiego, ale ograniczyła się tylko do popatrzenia na niego groźnie, co wystarczyło, by chłopaka przestraszyć. Z jego miny wyczytała, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji.
Nie chciała jednak tracić całej godziny lekcyjnej na znęcaniu się nad spóźnialską dwójką, bo była pewna, że tak naprawdę nie zrobili nic złego. Nigdy się do tego na głos nie przyzna, ale gdzieś w głębi duszy ucieszyła się z faktu, że jej siostra przeżyła kolejną pełnię, podczas gdy ona, Ivrel, dała się złapać w istną pułapkę. Uważała jednak, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i jeśli Jaeggerjaquez myślał, że udało mu się kogokolwiek nastraszyć, to był w błędzie. Jeszcze do końca nie wiedziała, co panterołak miał na myśli, mówiąc o przejęciu statusu alfy, ale miała plan się tego jak najszybciej dowiedzieć. Nie wsadziła Rilnen do kozy tylko dlatego, że chciała ją ukarać za nocowanie poza domem bez pozwolenia. Ostatnio bardzo mało czasu spędzały razem, a jak na porządne stado przystało, zagadkę dziwnego, bardzo rozochoconego seksualnie zachowania supernaturalnych samców rozwiążą same.
– Dobra, koniec spraw wychowawczych. – Omiotła klasę groźnym spojrzeniem. – Pozamykajcie książki. Dzisiaj nie będziemy przerabiać lektury. W końcu są to zajęcia z literatury i teraz to waszym zadaniem będzie wykazać się umiejętnościami pisarskimi.
Osiemnaście par oczu śledziło ją z zaniepokojeniem, ale ona tylko uśmiechnęła się tajemniczo.
– Jesteście młodzi. Myślicie, że cały świat należy do was. Ale, jedno musicie wiedzieć na pewno. – Z radością wyczuwała rosnące wśród klasy napięcie. – Nie możecie zbawić całego świata. Jest wiele niebezpiecznych ścieżek, które nie są czarne lub białe. Jest niesamowicie dużo kolorów i to do was należy ocena sytuacji. Nikt za was nie podejmie decyzji. Waszym zadaniem dzisiaj będzie spisanie własnego sposobu na zbawienie świata. 
„Ja nie wiem, co ona brała, ale to trzeba ograniczyć”, pomyślała Rilnen, patrząc z niedowierzaniem na siostrę. Nie mogła nadziwić się spokojowi, jaki przemawiał przez Ivrel. To, że nie zaszlachtowała jej na oczach całej klasy można było uznać za życiowy sukces. Dwutygodniową kozę brałaby w ciemno, ale i ten najmniejszy wymiar kary wydawał się Ril podejrzany. Na razie do głowy przychodziły jej dwa wytłumaczenia – albo jej siostra rzeczywiście została narkomanką, albo Grimmjow Jaeggerjaquez znalazł sposób na zaspokojenie wilczycy. Druga opcja wydawała się tak prawdopodobna, jak Derek Hale w zawodzie klauna cyrkowego, więc Rilnen postanowiła, że po powrocie do domu musi przetrzepać siostrzane rzeczy w poszukiwaniu jakiś nowych odmian skondensowanego tojadu, który przypuszczalnie wpływał uspokajająco na wilkołaki. Jeśli rzeczywiście coś takiego istniało, to blondynka poważnie zastanawiała się nad masową produkcją tego specyfiku.
Nie potrafiąc skupić się na pisanym eseju, postanowiła zaraz po skończonej lekcji uciąć sobie pogawędkę z Ivrel, choćby nawet miała zaryzykować utratę kończyny, którą wilczyca mogłaby jej w afekcie utrącić, ale cały jej plan szlag trafił. Gdy tylko zabrzmiał dzwonek Lydia złapała za swoją i Rilnen pracę, walnęła nimi o Ivrelowe biurko, po czym dosłownie wytargała młodszą Christensen na korytarz, a potem do damskiej toalety.
– A tobie co odjebało?
– Ratuję cię przed niechybną śmiercią z rąk jakiejś supernaturalnej wściekłej kobieciny… – Banshee wyjrzała jeszcze przez uchylone drzwi. Upewniwszy się, że nikt ich nie zauważył, zwróciła się do przyjaciółki. – Gdzieś się podziewała przez ostatnią noc?!
– Eee…
– Dobra, nie musisz mówić, domyśliłam się. Nie masz pewnie zielonego pojęcia, co się stało…
– A co by się miało stać? Lidzia, zaczynasz mnie przerażać.
– Powinnaś zacząć się bać, bo szczerze ci powiem, masz cholerne szczęście, że Ivrel cię nie zabiła!
– Okej, dobra, przyznaję, powinnam jej chociaż smsa posłać, gdzie idę…
– Ach, teraz nie chodzi mi o nocowanie u Stilinskiego, co swoją drogą, też mądre nie było…
– Powiesz mi wreszcie o co chodzi?
– Że miałaś rację.
– Odnośnie czego?
– Bardziej kogo.
Na moment w łazience zapadła cisza, po czym Rilnen uderzyła pięścią w ścianę tak mocno, że jedna z kafelek odpadła i roztrzaskała się na podłodze.
The truth is hiding in your eyes
– Grimmjow – wymówiła jego imię z ogromnym obrzydzeniem. – Gdzie zakopała ciało?
– Co?
– No, zabiła go…?
– Nie, choć to chyba kwestia czasu.
– Co jej zrobił?!
– Na szczęście jeszcze nic. Wczoraj w nocy Derek przywiózł twoją siostrę do mnie.
– Dlaczego do ciebie?
– Bo ciebie nie umiał znaleźć?
– A dlaczego była z Derekiem, jak miała „randkę” z Jaeggerjaquezem?
– Derek przywiózł ją do mnie kompletnie pijaną. Z mamrotań wściekłego Hale’a dowiedziałam się, że panterołak próbował zgwałcić twoją siostrę.
Lydia nie musiała mieć mocy banshee by doskonale słyszeć otwierający się w kieszeni Rilnen nóż. Zdziwiła się jednak, bo myślała, że jej przyjaciółka od razu wyleci ze szkoły z wrzaskiem „JA CIĘ, KUTASIE, ZAPIERDOLĘ!”, ale Ril, choć z trudem powstrzymała gniew, rzuciła tylko:
– Ja wiedziałam, że to się kiedyś tak skończy… – Blondynka podrapała się po głowie. – Hale się z tym skurwielem rozprawił?
– Ponoć Ivrel natrzaskała im obu, po czym o własnych siłach wyszła z siedziby Sexta Enterprices Holdings, ale nie zaszła za daleko. Mniej uszkodzony Derek pobiegł za nią i chciał ją dostarczyć do domu, ale ciebie tam nie było, więc przywiózł ją do mnie, żeby też uratować własne życie.
W łazience zapadła taka cisza, że można było dosłyszeć myśli szalejące w głowie Rilnen. Dziewczyna dostatecznie była przerażona swoją sytuacją zagrożenia, a teraz jeszcze jej siostra wpadła w tarapaty.
– To się dzieje tak szybko… – mruknęła blondynka, po czym podeszła do okna i otwarła je na oścież.
– Co ty robisz? – zdziwiła się Lydia patrząc, jak przyjaciółka wskakuje na parapet.
– Na trening idę? Przecież mamy okienko.
– A to nie łaska drzwi użyć?
– Tędy jest szybciej. – Ril wgramoliła się z okna przez krzaki na dziedziniec.
Ale banshee nie miała ochoty na wykazywanie jakiejkolwiek aktywności fizycznej i każąc Rili czekać, wyszła z łazienki. Christensen w tym czasie wygrzebała z plecaka ukradzioną siostrze paczkę papierosów. Drżącymi ze zdenerwowania rękami wyciągnęła jedną fajkę i odpaliła, kryjąc się za ścianą. W polskich liceach kurzenie za szkołą było czymś normalnym, ale nie wiedziała, jak do tego podchodzą w Stanach. Podejrzewała, że amerykańskie szkoły mają bardziej restrykcyjne zasady, dlatego wolała wyjść przez okno w łazience, by nie narażać się na przyłapanie przez jakiegokolwiek nauczyciela. Dawno już nie paliła, a jej głód nikotynowy w momentach zdenerwowania podnosił się pod niebezpieczną granicę. Mając na uwadze wszystkie zmartwienia, które zajmowały jej głowę, palenie na szkolnym dziedzińcu było jej najmniejszym problemem. I tak większość nauczycieli uważała ją za chuligana i że to tylko kwestia czasu, kiedy zawieszą ją w prawach ucznia.
– Co miałaś na myśli mówiąc „to się dzieje tak szybko”? – Lydia pojawiła się wreszcie za szkołą. Z powątpiewaniem spoglądała, jak Rilnen zaciąga się dymem.
And it's hanging on your tongue
Nikt nie musiał Rilce tego mówić. Sama zauważyła, że ukazuje dwa oblicza. Jak w pradawnej legendzie, która głosiła, że w duszy człowieka żyją dwa wilki. Przeżyje ten, którego się karmi. Ona ostatnio żywiła się samym strachem i była zła na siebie, że coraz częściej ukazywała swoje przerażenie. Pośród tłumu ludzi starała się grać silną i niezależną kobietę ciężko doświadczoną przez życie, ale przede wszystkim nieustraszoną. Blask słońca dodawał jej sił i bez trudu szła z podniesioną głową.
Jednak pogarszało się w nocy, kiedy przychodziły strachy. Wypełzały spod łóżka i fotela. Wtedy bardzo często podciągała kolana pod brodę, obejmując się ramionami, bo nie miała nikogo, kto by ją osłonił. Ivrel od zawsze uczyła ją, by nie rozklejała się jak mała dziewczynka, tylko po upadku znajdywała siły, by powstać. Jej siostra twierdziła, że nie będzie Rili głaskać i jej współczuć, co nie było wcale złą metodą. Młoda była wdzięczna swojej opiekunce za trud jej ciężkiego wychowania, ale czuła, że już więcej nie da rady, że już dość się nacierpiały i że coś im się wreszcie od życia należy. Przecież Ivrel zawsze mówiła, że nie można zbawić całego świata. To dlaczego ciągle na nie spadała odpowiedzialność za walkę ze złem? Czemu ich ścigały najstraszniejsze kreatury?
– Dlaczego to my musimy mieć zawsze tak przesrane? – Wypuściła ze złością dym nosem. – Nie zdążę przemyśleć dobrze jednego problemu, a już pojawia się następny! A może to miasto jest jakieś przeklęte?!
– Też tak myślałam na początku. Ale pomyśl sobie, że całej naszej bandzie może pisane jest ratowane świata. 
– Ale ja nie mam supermocy. I nigdy ich nie chciałam. 
– Ale superbohaterom nie tylko potrzebna jest supersiła. Potrzebują też chłodnych umysłów, które za nich będą myśleć i sprowadzać ich na ziemię.
– Widziałaś ty mnie kiedyś, żebym racjonalnie myślała? Zawsze stoję w pierwszej ścianie, gdy dochodzi do starcia. 
– I nadal żyjesz. Gdybyś nie miała talentu, to już dawno wąchałabyś kwiatki od spodu.
– Ale ja jestem zwykłym człowiekiem! Nie świecę oczami, ani nie chlastam pazurami na prawo i lewo! 
– Toście się ze Stilinskim dobrali... 
Słysząc tę uwagę, Rilnen zakrztusiła się ostatnim buchem.
Just boiling in my blood
– Ja się z nikim nie dobierałam! Nikt się do nikogo nie dobierał… – Christensen zgasiła peta na podeszwie glana.        
– Przy mnie nie musisz udawać głupiej. – Lydia spojrzała na Ril znacząco. – Jeśli was dwoje nie wyląduje razem, to nie jestem banshee. 
– Nie mam zamiaru się z nikim wiązać! – Rilnen zaczęła wymachiwać rękami, na co Lydia tylko parsknęła śmiechem. – Po za tym – dodała już spokojniejszym tonem – przecież on się podkochuje w tobie od trzeciej klasy podstawówki…
– Taa, we mnie się podkochuje, sypia z Malią, a od ciebie nie potrafi wzroku oderwać. – Banshee wskazała na boisko, gdzie Stilinski, zapatrzony na dziewczyny, wywrócił się o własny kij, prosto na twarz. 
– Mówię to po raz ostatni. Nic do niego nie czuję. 
– Nie muszę słyszeć bicia twojego serca, żeby wiedzieć, że kłamiesz. 
– Lidzia... on ma dziewczynę! 
– Ja to bym bardziej uznała za związek z przywiązania. Wiesz, czujesz się odpowiedzialny za to, co oswoisz. Ty też czujesz się odpowiedzialna za Ivrel.
– Ale ja z nią nie śpię!
– No, to by było dziwne. Ale to Stiles ma w takim gratisie. – Lydia nachyliła się nad Rilnen i zaczęła ją wąchać. 
– Co ty odpierdalasz? 
– Zazdrość.
– Co?! Przecież ty nie masz wyczulonego węchu! 
– Ale ty jesteś zazdrosna! 
– Wcale nie! 
But you think that I can't see
– Drzyj się dalej, to Stiles nie będzie potrzebował supersłuchu, żeby usłyszeć.
Rilnen przygryzła wargę.
– Podoba ci się – stwierdziła pewnie Lydia. 
– Dobra, kurwa, wygrałaś! – przyznała Ril. 
– Ja się tylko cieszę, że oni grają w lacrosse, bo jakby grali w kosza, to bym musiała co chwilę parkiet z twojej śliny wycierać. 
– Co, kurwa? Sugerujesz, że się ślinię? 
– No, jak go widzisz, to tak. 
– Spadaj. – Rilnen trzepnęła przyjaciółkę w ramię, a ta zaniosła się śmiechem.
Christensen nie zdawała sobie sprawy, że jej zachowanie jest aż tak transparentne. Myślała, że bardzo dobrze maskuje swoje uczucia. Praktycznie, już prawie udało jej się ugasić zauroczenie, a tu się okazuje, że jest zupełnie odwrotnie. Przeraziło ją to, ale potem pomyślała sobie, że jak na razie tylko dwie osoby odkryły, kim był obiekt jej westchnień, a były to Ivrel, znająca Ril bardziej niż ona siebie sama oraz Lydia, która była geniuszem.
Jednak od teraz Rilnen postanowiła bardziej uważać na to, co nieświadomie robi, a co mogło zdradzić jej tajemnice, dlatego przez resztę zajęć unikała pojawiania się w miejscach, gdzie mógł znajdować się aktualnie Stilinski, przez co prawie cały dzień przesiedziała w bibliotece. Kiedy już odrobiła wszystkie zadania domowe i przejrzała notatki do jutrzejszego sprawdzianu z algebry, wyjęła z torby swój detektywistyczny zeszyt i przewertowała go po raz tysięczny. Nie znalazłszy odpowiedzi na dręczące je pytania, na czystej stronie nabazgrała dzisiejszą datę i spisała wszystko, co wiedziała na temat „przygody” jej siostry. Nie podobało jej się to tak samo, jak powrót Granza. Nic nie trzymało się kupy, a jedyną racjonalną odpowiedzią na ostatnie wydarzenia było to, że ich prześladowcy współpracują.
Rilnen szybko zebrała swoje rzeczy i przeniosła się do komputera, znajdującego się w czytelni. Miała nadzieję, że znajdzie w Internecie choć malutką informację na temat Jaeggerjaqueza, Granza, czy czegokolwiek, co wskazywałoby na to, iż są partnerami w zbrodni. Jednak żadne dodatkowe informacje ponad te, które już mieli, nie chciały się ukazać. Ze strony firmy Sexta Enterprices Holdings uśmiechało się do niej wrednie zdjęcie Grimmjowa, a na stronie szpitala Eichen nie było nawet wzmianki o tym, iż Szayelapporo pracował tam kiedykolwiek jako psychiatra dziecięcy.
What kind of man that you are
If you’re a man at all
Skupiona na czytaniu artykułów o sukcesie firmy Grimmjowa, nie zauważyła, że ktoś patrzy jej przez ramię.
– Co czytasz?
Podskoczyła, łapiąc się za serce.
– Jezus Maria!
– Nie no, Liam wystarczy. – Młody wilkołak przysunął sobie krzesło i usiadł obok Rilnen.
– Możesz mnie łaskawie nie straszyć? Zawału przez ciebie dostanę.
– No, to co w końcu czytasz?
Ril westchnęła i przesunęła w stronę Liama swój zeszyt z detektywistycznymi notatkami.
– Jak już tu jesteś, to może się na coś przydasz… Ty w ogóle umiesz czytać?
– Znam Tolkiena na pamięć. Przeczytałem wszystkie jego książki.
– Naprawdę? Nawet „Silmarillon”?
– Szczególnie „Silmarillon”, ty blasku wody.
Słysząc znaczenie swojego imienia, Ril zamarła.
– Skąd ty…?
– Od początku wiedziałem, co znaczy twoje imię. I to ja podpowiedziałem Stilesowi, kiedy tego znaczenia szukał. – Liam ze spokojem przeglądał zapiski dziewczyny. – Jego mama naprawdę kazała mu cię odnaleźć?
– Taa, prawdopodobnie dlatego, że miałam klucz do ich strychu…
Na moment zapadła cisza, podczas której Liam zaczytywał się w zawiłe konkluzje Rilnen, a blondynka wróciła do przeczesywania Internetu. Nie znalazłszy nic ciekawego na temat prześladowców, wpadła na pomysł, by poszukać artykułu na temat wypadku, w którym zginęli jej rodzice. Niestety, żadna gazeta nie zawierała choćby najmniejszej wzmianki o jakimkolwiek wypadku samochodu Nissan Navara z udziałem małżeństwa. To także zaczęło się wydawać Rilnen dziwne. Ukuło ją poczucie winy, bo przecież razem z siostrą wróciły do Beacon Hills by szukać informacji na temat tajemniczej śmierci ich rodziców, a zajęły się zupełnie czymś innym.
Well I will figure this one out
Sfrustrowana bezowocnymi poszukiwaniami, Ril odświeżyła stronę szkoły.
– Gramy następny mecz gdzie? W Crescent City? – zdziwiła się. – Przecież to na drugim końcu stanu!
– Ponoć dyrektor załatwił jakiś mecz charytatywny…
– Stark?
– Tak.
– Dziwny gość… – stwierdziła, rzucając okiem na zegarek. – Ej, Liam, mogę cię o coś zapytać?
– No?
– Dlaczego jeszcze jesteś w szkole?
To pytanie zaskoczyło chłopaka. Zmieszał się, odkładając powoli zeszyt na stolik.
– Twoi rodzice się nie martwią o ciebie? Skończyłeś lekcje cztery godziny temu…
– Powiedziałem im, że mam dodatkowe zajęcia… – wielki rumieniec wykwitł na jego twarzy. Przez moment patrzył na ściśnięte na kolanach dłonie, po czym spojrzał na Rilnen. – Ciągle się kłócą. I tak mają w dupie to, czy jestem w domu, czy nie.
– To dlatego zawalasz każdy przedmiot?
– Z literatury mam czwórkę…
– Bo uczy jej moja siostra, która także kocha Tolkiena. – Rilnen zabrała swój zeszyt i wstała. – Wpadnij jutro do mnie, pomogę ci z matmą, bo z niej ci idzie najgorzej. – Poczochrała Liamowi włosy i uśmiechnęła się ciepło. – Ale jeszcze raz nie pojawisz się na tej cholernej matmie, to ci natrzaskam, zrozumiano?
Liam odwzajemnił uśmiech, a Ril pomachała mu na pożegnanie i opuściła bibliotekę. Naprawdę lubiła młodego wilkołaka. Już dawno zauważyła, że chłopakowi coś dolega i bardzo się o niego martwiła. Mimo tego jednak lekko się ucieszyła, że jego problem jest zwyczajnie ludzki i z przyjemnością mu pomoże. Może i było to samolubne, ale miała nadzieję, że to choć na chwilę odciągnie jej myśli od supernaturalnych tarapatów.
Jednak w obliczu tych problemów, kłopoty Liama wydawały się błahostką. Ktoś morduje nauczycielkę literatury. Atakuje panterołak. Jej dawny psychiatra-psychopata czyha na jej życie, a dwóch osobników chciałoby posiąść nie tylko jej siostrę, ale także jej moce alfy. Do tego nadal wśród łowców krąży pula śmierci za nie dwie, choć ani razu nie spotkały jakiegokolwiek przeciwnika supernaturalnych stworzeń. No i nie można zapomnieć o przepowiedni Lorraine Martin, do której Rilnen miała pewną teorię, choć jeszcze nie miała okazji się z nikim nią podzielić. Naprawdę liczyła na to, że Ivrel specjalnie wsadziła ją do kozy tego dnia, bo mogłaby na spokojnie porozmawiać z siostrą o wszystkich wydarzeniach, jakie ostatnio miały miejsce, bo to one sprawiały, że siedzenie w bibliotece było co najmniej dziwne.
Rilnen od zawsze uważała się za odmienną od rówieśników osobę. Nie tylko wyróżniała się strojem, bo nie zauważyła, żeby którykolwiek inny uczeń nosił bluzy ukochanego klubu sportowego, ale także miała inne niż nastoletnie myślenie. Przynajmniej w jej osądzie.
Przybywając z powrotem do Beacon Hills spodziewała się kłopotów. Ot, razem z Ivrel były niezwykłym duetem, dlatego pewnym było, że po jakimś czasie wpakują się w jakieś bagno. Z niejednego wyszły i nie jedno jeszcze ich czeka. Jedyne, czego Rilnen nie mogła pojąć, to dlaczego ktoś, tak usilnie, próbował je posiąść? Nawet potrafiła zrozumieć zapędy mordercze, cóż, wisi nad nimi pula śmierci, pewnie zalazły komuś za skórę. Ale o co chodziło z tym niewyżyciem? Obie siostry w ostatnim czasie padły ofiarami prób gwałtu, a na samą myśl, Rilnen robiło się niedobrze. Nie tylko przez zakazy Iv młoda nigdy jeszcze nie miała faceta. Po prostu uważała seks za coś specjalnego.  Nie potępiała jednak zachowania swojej siostry, które było totalnie odwrotne. Ivrel nie wstydziła się otwarcie rozmawiać o swoich doświadczeniach i bardzo łatwo przychodziła jej rozmowa z młodszą siostrą na ciężkie w oczach rodziców i opiekunów tematy.
Siostry Christensen, pomimo różnic w poglądach i charakterach, nigdy nie miały problemów w komunikacji. Nieważne, ile razy się pokłóciły i powyzywały, były rodziną i watahą, więc zawsze znalazły sposób na to, by wymienić się doświadczeniami i opiniami na temat wydarzeń bieżących. Dlatego teraz Rilnen nie bała się iść do klasy Ivrel, by odbyć swoją karę za dwudzieste spóźnienie.
Ivrel już na nią czekała, siedząc wyciągnięta w fotelu z nogami na biurku. Piłowała swoje wilkołacze pazury, a dźwięk przesuwanego po zdzieranej płytce pilniczka przyprawiał Rilę o dreszcze na plecach. Zanim Iv zdążyła się odezwać, młoda zatrzasnęła za sobą drzwi i wyciągnęła z torby flakonik górskiego pyłu, który rozbiła na progu.
Do you see what we’ve done?
– Co ty odpierdalasz?
– Ubezpieczam się. Nie możesz mnie zabić, bo stąd nie wyjdziesz.
– Och, weź mnie nie rozśmieszaj. Zawsze mogę uciec oknem.
– Chciałabyś. Otoczyłam je pyłem jeszcze tego samego dnia, w którym zaczęłaś tu uczyć.
Ivrel spojrzała na siostrę zmrużonymi oczyma, po czym poderwała się z fotela i podbiegła do okien z zamiarem wybicia jednej z szyb, ale kiedy jej pięść spotkała się z żaluzją, niewidzialna bariera odrzuciła ją z powrotem na fotel.
– Ty mała wszo…
– Ty lepiej pielęgnuj swoje pchły. – Rilnen uśmiechnęła się triumfująco, po czym rzuciła torbę na jedną z ławek, a sobie zagarnęła krzesło i usiadła na nim okrakiem, opierając ręce na oparciu.
– Więc? – zaczęły jednocześnie, patrząc na siebie znacząco, a po krótkiej chwili napięcia, wybuchły śmiechem.
Uspokoiły się dopiero po kilku minutach, kiedy rozbolały je brzuchy.
– To jest chore… – wysapała Ivrel, ocierając łzę z policzka.
– Wiem… – przyznała Ril, wciąż chichocąc. – Powinnyśmy polować na oprawców, a zamiast tego siedzimy w klasie i brechtamy z niewiadomo czego…
– Nie powinnam zostawiać cię samej w domu, Ril. – Nagle Iv spoważniała.
– Przestań. Lepiej mi powiedz, dlaczego Derek musiał cię ratować…
– On mnie nie rrratował!
– Cóż, Lydia mówiła, że Hale odstawił cię do niej kompletnie nawaloną…
– Nie nawaloną, dobra, tylko ciężko ranną po bitwie… – Ivrel starała się wybielić, ale wiedziała, że młoda nie da sobie zamydlić oczu. – Po za tym, Hale po prostu wywiązał się ze swojej części umowy. – Zadowolona, że udało jej się znaleźć racjonalny argument, Wilczyca rozsiadła się w fotelu.
– To znaczy, że ty teraz będziesz musiała oddać mu wspomnienia? – Rilnen przekrzywiła głowę.
– Nic nikomu nie będę oddawać! – Iv nadymała policzki. – Ani wspomnień, ani mocy!
– Jakich mocy? – zaciekawiła się młoda, mrużąc oczy.
– Zasrrranych… – warknęła w odpowiedzi Ivrel, ale przejechała dłonią po twarzy i zebrała w sobie całą odwagę. – Poprzedniej nocy, kiedy byłam u Grimmjowa… – na wspomnienie imienia panterołaka Ivrel podskoczyło ciśnienie. – Nigdy w życiu nie przespałabym się z kreaturą pochodzenia kotowatego. Dobrze wiesz, że kicham w ich obecności. Ale poszłam do niego tylko po to, by zrobić Hale’owi na złość.
– Chcesz, by Derek był jeszcze bardziej zazdrosny, niż jest?
– Derek jest zazdrosny? Serio? – ten fakt na moment zaciekawił Wilczyce, ale po chwili się opamiętała. – Weź mnie tu nie zagaduj, dobra?!
– No co… – Rilnen wydawała się być nieźle rozbawiona reakcją siostry, za co zarobiła kredą w czoło.
– Gówno, nie przerywaj mi. – Ivrel poprawiła opadającą jej na oczy grzywkę. – W każdym razie, poszłam sprawdzić tego gnoja, czego chce, no i skurwysyn dodał mi do drinka jakiegoś tojadziego gówna… Odleciałam, ale coś tam posłyszałam, co tam mamrocze pod nosem.
– No i?
– Pierdolił coś o uzyskaniu mocy alfy przez stosunek z wilkołakiem o takiej randze.
– Czyli z tobą.
– Nie, kurwa, ze Starkiem…
– Czyli jeśli przeleci cię supernaturalna kreatura to zabierze ci moc alfy?
We’re gonna make such fools of ourselves
– Chyba tak?
– Nie wierzę w to. – Rilnen pokręciła głową. – Przecież spałaś z tyloma facetmi…
– Ej, wypraszam sobie!
– No dobra, może nie z tyloma, ale na pewno miałaś więcej partnerów seksualnych niż ja… Nadal masz swoje moce.
– Nie pierdoliłam się z wilkołakami, okej…?
– A Derek?
Dopiero wtedy serce Iv zamarło.
– Skąd wiesz…?!
– Może i teraz wiesz, że wilkołaki nie mogą się upić… Kiedyś tego nie wiedziałaś. Dawno temu, jeszcze w Polsce, wróciłaś z imprezy. Myślałaś, że podziałały na ciebie procenty. Opowiedziałaś mi o swoim pierwszym razie…
Przez ułamek sekundy przez twarz Ivrel przebiegł cień strachu, ale szybko się opanowała. Młoda nie dałaby się oszukać, więc nie było sensu mydlić jej oczu. Już dawno przestała być małą dziewczynką, choć w oczach Iv na zawsze pozostanie gówniarą.
– Może ty to musisz jakoś, nie wiem… dać. Z siebie. – Ril machnęła rękami przed sobą. – Uruchomić jakoś… jakiś pstryczek…
– Nic nikomu nie będę dawać. – stwierdziła stanowczo Ivrel. – Lepiej wymyśl, jak to zatrzymać, geniuszu.
– Co zatrzymać?
– Oddawanie mocy! Nie chcę się dzielić!
– To może… ściśnij kolana?
– Ścisnąć to ci zaraz mogę gardło. – Iv rzuciła siostrze mordercze spojrzenie.
– Zapytam Deatona, czy nie wie czegoś na ten temat. – Rilnen przejechała dłonią po twarzy. – Naprawdę muszę siedzieć tu godzinę…?
– Tak – odpowiedziała jej z naciskiem Ivrel, przypatrując się uważnie siostrze, która rozsiadła się na krześle, kładąc nogi na ławce. Ręce zaplotła na brzuchu i przymknęła oczy, co bardzo ucieszyło starszą Christensen, bo gdy tylko upewniła się, że Rilnen zaczęła drzemać, podniosła się cichutko z krzesła i podeszła do drzwi.
Zaklęła w myślach, kiedy przypomniała sobie o jarzębinie rozsypanej na progu, ale na jej szczęście, jeden z uczniów należących do kółka teatralnego przechodził akurat obok klasy. Ivrel w odpowiednim momencie szarpnęła go za rękaw, jednocześnie przykładając palec do ust w geście uciszenia wystraszonego chłopaka.
– Mógłbyś rozkopać trochę to gówno? – zapytała, choć prośba z wielkim trudem przeszła jej przez gardło.
– Dlaczego…?
– Bo… ja mam nowe najki i nie chcę ich sobie pobrudzić…?
Chłopak ściągnął brwi na środku czoła, ale przesunął stopą po szarym proszku, tym samym umożliwiając Ivrel drogę ucieczki.
– Możesz iść… – Czarnowłosa machnęła ręką stronę drzwi, po czym to poczuła.
I think I know
Siarka. Kwas. Gryzący w nozdrza zapach, kojarzący się ze środkami do dezynfekcji używanymi w szpitalach. Ivrel od razu go poznała, przez to popchnęła chłopaka w stronę drzwi.
– Uciekaj – wyszeptała, starając się zachować spokój, ale wściekłość, która rosła w niej z każdą sekundą, w niczym nie pomagała. – Wypierdalaj i zbierz wszystkich ludzi, których spotkasz po drodze!
– Pani profesor…
– UCIEKAJ!
Naprawdę się ucieszyła, kiedy chłopak ją posłuchał, bo mimo iż spoglądał co chwila przez ramię, opuścił budynek szkoły, a Iv miała nadzieję, że już nikt z niewinnych uczniów czy nauczycieli nie kręci się o tej porze po instytucji.
Nie teraz.
Nie w tę noc.
Prawdziwa wojna się jeszcze nie zaczęła, ale Ivrel nie planowała zdezerterować, jak ostatnim razem. Teraz wywie wrogom serca zanim zdążą się zorientować, że weszli jej w drogę. Nie mogła pozwolić, by ktoś bawił się jej życiem. A jeśli ktoś taki, jak ten skurwiały psychol, sprawi, że jej siostrze spadnie jeden tleniony włos, spotka go los gorszy od śmierci.
Upewniwszy się, że drzwi do jej klasy są zamknięte na klucz, ruszyła powoli pustym korytarzem. Miała nadzieję znaleźć Granza, zanim on znajdzie Rilnen. Iv dobrze wiedziała, że zaryglowany zamek jest żadną ochroną, ale może kupi sobie tym trochę czasu. Do tego miała nadzieję, że jakiś gówniarz z kijem bejsbolowym napatoczy się po drodze, bo ona nie miała zamiaru prosić nikogo o pomoc. To było bardzo głupie posunięcie, ale duma Ivrel była zbyt duża. Wolała samej rozszarpywać gardła niż wplątywać osoby trzecie w swoje walki.
Wyciągnęła z kieszeni podrąbany siostrze telefon i spojrzała w ekran błagalnie. „Dajesz, Stiles.”, pomyślała. ”Wiem, że chcesz zadzwonić, dlaczego nie robisz tego wtedy, gdy ci pozwalam…”
There is something I see in you
Podskoczyła, kiedy telefon zaczął wibrować. Pogratulowała sobie w duchu parapsychicznych mocy wywoływania osoby dzwoniącej, po czym nacisnęła zieloną słuchawkę.
– Rilka?! – Stilinski wydawał się być bardziej spanikowany niż Ivrel. – Rilka, gdzie ty jesteś?
– Rilka jest w szkole.
– W szkole… – powtórzył z przerażeniem w głosie Stiles, po czym zorientował się, co jest grane. – Zamknęłaś ją tam, ty wiedźmo!
– Och, wypraszam sobie. Ja jestem wilkołakiem, to Rilnen możesz nazywać wiedźmą. A żeby uratować tę wiedźmę, radzę ci ruszyć dupsko i tu przyjechać. – Rozłączyła się, zanim zdążyła usłyszeć, jaka jeszcze jest w mniemaniu Stilinskiego.
It might kill me
Jeszcze chłopaka nie było w szkole, a Ivrel już miała wyrzuty sumienia. Nie była banshee, a przeczuwała, że posyła Stilesa w łapy śmierci, bankowo. A przecież kiedy wymyśliła plan, jakieś trzy sekundy temu, wydawał się jej perfekcyjny. Stilinski był znany z tego, że potrafił szybko uciekać i to taką rolę dla niego przewidziała. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że ani syn szeryfa, ani jej siostra nie wiedzą, kto jeszcze jest w szkole i przed kim mają uciekać.
Szczypiący ją w nozdrza zapach dochodził z kotłowni i tam też Ivrel skierowała swoje kroki. Wściekłość rosła w niej z każdą sekundą i gdy schodziła po schodach w rejony szkolnych piwnic, nie przejmowała się już tym, że ktoś może być w budynku, ktoś może ją zauważyć, ktoś może odkryć tajemnice.
Ucieszy się i uspokoi, kiedy wyrwie serce temu różowowłosemu skurwysynowi.
Why won't you show yourself?

1 komentarz:

  1. no nie do konca poczatek moj bo samego wstepu nie pamietam, zebym pisala.
    No ta, swojej czesci se komentowac nie bede. jakos inaczej mi to sie czyta na inna nute, ale nie jest zle.

    (...)bije, jak się dowie… – szybkim <-- Szybkim

    Być może to, gdzie Ril spędziła noc (przecinek) nigdy

    – A co z moją pracą?
    – Pracą? Młoda, ty odrabiasz godziny kuratorskie…
    so christensens

    Na moment w łazience zapadła cisza, po czym Rilnen uderzyła pięścią w ścianę tak mocno, że jedna z kafelek odpadła i roztrzaskała się na podłodze.
    .
    .
    .
    I co jeszcze? -.- ja nie walczę o dużo. ja walczę o odrobinę wiarygodności. Wstan, idz do lazienki i napierdalaj w kafelki. Daj znac, kiedy odleca. Do uslyszenia za 10 lat.

    Kurwa, Hale. Przywiozl ja do Lydi, serio? Czemu jej nie zwinal na kwadrat? By było fajnie jakby wstala i sie zastanawiala z kim sie przespala, skoro jagger ja upil a obudzila sie u hala xd

    Nie wiem, ale tu Rilka, a tu huligan. Przesyłasz dwie rozne informacje.

    Trochę patetyczne to o blasku dnia i nocy, az mi sie przypomina shrek i za dnia pieknoscia w nocy zas szkarada... Troche jakbys starala sie ja wyltumaczyc... no i jak mozna grac doswiadczona zyciem? a raczej - po co.

    – Toście się ze Stilinskim dobrali...
    Słysząc tę uwagę, Rilnen zakrztusiła się ostatnim buchem.
    Just boiling in my blood
    – Ja się z nikim nie dobierałam! Nikt się do nikogo nie dobierał…
    no wlazło.

    – Taa, we mnie się podkochuje, sypia z Malią, a od ciebie nie potrafi wzroku oderwać. – Banshee wskazała na boisko, gdzie Stilinski, zapatrzony na dziewczyny, wywrócił się o własny kij, prosto na twarz.
    serio.... -.- xd

    Ty też czujesz się odpowiedzialna za Ivrel.
    – Ale ja z nią nie śpię!
    bosz, ale jedziesz z tematem xd

    Liam ma chyba jakas fotograficzna pamiec >.< ze tez jeszcze nie uzyl tej karty jak go ivrel jebala.... znaczy, opierdalała...

    powiedzial mu gdzie szukac ale juz nie co znaczy?

    Duzo pscyhopierdolenia. No ja to wszystko wiem, czytam, nie wiem jak inni.

    Ale o co chodziło z tym niewyżyciem? Obie siostry w ostatnim czasie padły ofiarami prób gwałtu
    o kurwa. no faktycznie. mowilam jaka jestem fanka dubletow? kurwa jakby nie bylo innych losowych sytuacji.

    – No i?
    – Pierdolił coś o uzyskaniu mocy alfy przez stosunek z wilkołakiem o takiej randze.
    – Czyli z tobą.
    – Nie, kurwa, ze Starkiem…
    Bardzo naturalne dialogi. Zabawne i odpowiednie do tego, kto sie wypowiada. Propsuje.

    – Nie wierzę w to. – Rilnen pokręciła głową. – Przecież spałaś z tyloma facetmi…
    – Ej, wypraszam sobie!
    xd

    – Lepiej wymyśl, jak to zatrzymać, geniuszu.
    – Co zatrzymać?
    – Oddawanie mocy! Nie chcę się dzielić!
    – To może… ściśnij kolana?
    – Ścisnąć to ci zaraz mogę gardło.
    ... pffffff xd

    – Mógłbyś rozkopać trochę to gówno? – zapytała, choć prośba z wielkim trudem przeszła jej przez gardło.
    – Dlaczego…?
    – Bo… ja mam nowe najki i nie chcę ich sobie pobrudzić…?
    xd xd xd dobre stasiu dobre.

    ty wiedzmo... xd

    hehe, no, koniec dobry. nawet sie przez chwile zastanawialam, czy to na pewno szayel. ładnie, ładne ostatnie akapity, chcoiaz na chuj jej ten stiles? bo na chuj wlasnie na pewno nie.

    OdpowiedzUsuń

Grupa Pisania Kreatywnego

Grupa Pisania Kreatywnego
Cotygodniowe wyzwania piśmiennicze, w których osobiście biorę udział i zapraszam wszystkich, którzy jarają się pisaniem. :)

Akta Sprawy

We Must Be Killers

"Ktoś kiedyś powiedział, że za każdym sukcesem mężczyzny stoi kobieta. Chciałbym, żeby za moimi też stała, najlepiej, wilczyca, a nie własny ojciec, wrzeszczący średnio co pięć minut, że zima idzie."
rating M / "Teen Wolf"&"Bleach"&"Eyeshield21" Crossover
Angst/Crime/Drama/Family/Frienship/Humor/Mystery/Supernatural
/D. Hale x OC / M. Stilinski x OC/



[Szablon wykonany przez Jill na potrzeby zaczarowane-szablony.blogspot.com]